Dzikość zniewolenia (cz. 1)

18+

Opowiadanie przedstawia historię Liry - wilczycy wygnanej ze stada. W tej części przedstawiana jest część dzikiej natury jej stada, które niedługo zostanie zastąpione dyscypliną i... niewolą

Autor: Anastasia • rola: Twórca
Komentarze: 1Wyświetlenia: 23
Top: 0

Mam na imię Lira. Mam osiemnaście lat, choć w moim stadzie nikt nigdy nie liczył lat tak, jak ludzie. Wiek mierzyło się liczbą zim, które przetrwałam, liczbą upolowanych saren, liczbą razy, kiedy uniknęłam ludzkich pułapek lub wilczych kłótni. Jestem wilczycą, ale nie taką, jak te dzikie, szare bestie, które przemykają nocą przez gęstwiny. Mam ludzkie ciało – smukłe i lekkie, 170 centymetrów wzrostu i zaledwie 50 kilogramów wagi, zbudowane do cichego, szybkiego biegu. Biodra wąskie, ale wyraźne, piersi małe i jędrne, ledwo wypełniające dłoń, sutki różowe i wrażliwe na najmniejszy chłód. Nogi długie, mięśnie sprężyste, stąpam cicho, prawie bezszelestnie, jak wilk na polowaniu. Moja skóra jest jasna, pokryta delikatnym meszkiem na ramionach i udach, który w świetle księżyca połyskuje srebrzyście. Ale mam też wilcze cechy, które nie pozwalają mi udawać, że jestem człowiekiem: długie, puszyste uszy sterczące z kasztanowych włosów, które opadają na ramiona i falują na wietrze, ostre kły, które wysuwają się, gdy warczę lub uśmiecham się szeroko, i ogon – długi, gęsty, rudawy, z miękkim futrem, które faluje jak flaga, gdy jestem szczęśliwa, albo zwija się ciasno pod sobą, gdy czuję strach albo wstyd. Reszta moich zębów jest ludzka – gładka, równa, biała – ale te dwa kły w górnej szczęce przypominają mi zawsze, kim jestem naprawdę: hybrydą, wilczycą w ludzkiej skórze, stworzeniem, które nie pasuje ani do lasu, ani do wiosek.

Zostałam wygnana ze stada dwa tygodnie temu. Wszystko zaczęło się tamtej nocy pełni, kiedy wielki księżyc wisiał nisko, a wilcza krew buzowała w żyłach każdego z nas. Stado zebrało się na polanie otoczonej wysokimi świerkami – zapach mokrej ziemi, żywicy i potu mieszał się z wonią pożądania. Alfa, stary, potężny samiec o szarym futrze na uszach i ogonie, o oczach żółtych jak bursztyn, stanął w środku kręgu. Był większy ode mnie o głowę, mięśnie napięte pod futrem, zapach dominacji bił od niego jak fala – ostry, zwierzęcy, mieszany z wonią lasu i krwi. To była noc wybrana przez alfę na łączenie w pary osobników uznanych za dojrzałe. Samce z mojego stada krążyły wokół nas – młodych wilczyc, które miały już być gotowe na podtrzymanie gatunku.

My, wilczyce, stałyśmy w luźnym kręgu – ubrane tylko w proste, lniane sukienki, bez bielizny pod spodem, jak nakazywała tradycja tej nocy. Materiał był cienki, opinał ciało, kończył się tuż nad kolanami, a pod spodem nic – ani majtek, ani stanika. Wiatr nocy muskał skórę pod sukienką, powodując dreszcze, sutki stwardniały od chłodu, a cipka była całkowicie odsłonięta dla każdego, kto chciałby zajrzeć pod materiał.

Samce podchodziły bliżej – powoli, ostrożnie, ale z wyraźnym podnieceniem. Zapachy mieszały się w powietrzu: ich męskość, pot, krew z polowań. Pierwszy podszedł Rorik – starszy samiec, o brązowym futrze na ogonie, z blizną na ramieniu. Stanął przede mną, nos uniesiony. Powąchał powietrze, potem mnie – szyję, ramiona. Dotknął łapą biodra, palce przesunęły się po materiale sukienki. Spojrzałam na niego – nie chciałam. Ogon podkuliłam lekko, uszy położyłam półpłasko.

– Pozwolisz? – warknął cicho, oczy błyszczące.

Skinęłam głową niechętnie – tradycja pozwalała na sprawdzenie. Rorik wsunął łapę pod sukienkę – palce szorstkie, pazury schowane. Przesunął dłonią po udzie w górę, aż do cipki. Opuszkami palców musnął wargi sromowe – suche na początku, ale wilgotne od napięcia nocy. Krążył wokół łechtaczki, naciskał lekko. Jęknęłam cicho, biodra drgnęły mimo woli. Zapach jego podniecenia uderzył mocniej.

Ale nie chciałam go. Odepchnęłam łapę – delikatnie, ale stanowczo. – Nie – powiedziałam cicho. Ogon machnął ostrzegawczo. Rorik warknął cicho, ale odszedł – nie naciskał.

Drugi był Thorne – młody, ale arogancki, o czarnym futrze na uszach. Podszedł z uśmiechem, kły błyszczące. Powąchał mnie od razu – nosem po szyi, po piersiach przez sukienkę. Sutki stwardniały od jego oddechu. – Pachniesz dobrze, Lira – szepnął.

Pozwoliłam – uniosłam lekko sukienkę z przodu. Thorne wsunął łapę pod materiał – palce sunęły po brzuchu w dół, aż do cipki. Rozchylił wargi, musnął łechtaczkę, potem przejechał palcem między wargami – powoli, badawczo. Jego palec był wilgotny od mojego podniecenia, moje biodra lekko drgnęły. Lizał moją szyję jednocześnie ciepłym, szorstkim językiem.

Ale nie czułam tego – nie tak, jak powinnam. Odepchnęłam go łapą na jego piersi. – Nie ty – powiedziałam. Thorne warknął z irytacją, ale odszedł.

W końcu podszedł Kael – przystojny, dobrze zbudowany samiec o czarnym futrze na uszach i ogonie, oczach zielonych jak liście wiosną. Był w moim wieku, silny, ale z ciepłym spojrzeniem. Stanął przede mną, nos uniesiony. Powąchał powietrze – jego zapach dotarł do mnie: ciepły, męski, z nutą świeżej krwi z ostatniego polowania. Podszedł bliżej, stawiając ciche kroki. Dotknął nosem mojego ramienia – delikatnie, badawczo. Potem szyi, aż za oklapnięte z podniecenia ucho – ciepły oddech musnął futro, powodując dreszcz. Ogon machnął mi lekko, instynktownie.

– Lira – warknął cicho, głos niski, ale nie groźny. – Pachniesz... dobrze. Jak wiosna po deszczu.

Uśmiechnęłam się lekko, kły błysnęły. Odwzajemniłam – nosem dotknęłam jego szyi, powąchałam kark. Zapach był przyjemny, podniecający – młody, silny, obiecujący. Przesunęłam nos niżej, po jego ramieniu, po piersi – czułam bicie serca pod futrem. On zrobił to samo – nosem sunął po moim brzuchu, po biodrze, zatrzymał się blisko cipki.

– Pozwolisz? – szepnął podnosząc się i patrząc mi głęboko w dzikie oczy.

Skinęłam głową – uniosłam lekko sukienkę z przodu. Kael wsunął łapę pod materiał – palce delikatne, ale pewne. Przesunął dłonią po udzie w górę, aż do cipki. Opuszkami musnął wargi sromowe, rozchylił je lekko, znalazł łechtaczkę – krążył wolno, naciskał delikatnie. Od razu poczuł moją wilgoć na palcu, spowodowaną erotyzmem wiszącym w nocnym powietrzu, a moje ciało mimowolnie drgnęło w podnieceniu. Lizał moją szyję jednocześnie – język ciepły, szorstki.

– Chciałbym cię – szepnął, nos przy moim uchu. – Jesteś szybka. Silna. Nasze szczenięta byłyby najlepsze w stadzie.

Skinęłam głową – serce biło szybko, cipka pulsowała od jego dotyku. Inne pary też się dobierały – wilczyce i samce obwąchiwały się, lizały, dotykały łapami pod sukienkami. Zapach pożądania gęstniał, powietrze było ciężkie od podniecenia.

Kael nie czekał dłużej. Opuścił się niżej – nosem sunął po moim brzuchu, pod sukienkę. Uniosłam materiał wyżej – pozwoliłam mu całkowicie. Nos dotknął warg sromowych – ciepły, wilgotny. Lizał powoli – język płaski, szorstki, przejechał od dołu do góry, rozchylił wargi, znalazł łechtaczkę. Ssał ją delikatnie, rytmicznie, kółeczka czubkiem języka, potem mocniej. Jęknęłam cicho, biodra drgnęły, ręce oparłam na jego ramionach. Palce wsunął do środka – dwa, delikatnie, tylko na chwilę, muskając wejście, nie wchodząc głęboko – wiedział, że jestem dziewicą. Masował zewnętrzną stronę, kręcił czubkami palców wokół łechtaczki. Napięcie rosło szybko – brzuch napinał się, uda drżały, cipka zaciskała się na niczym, soki spływały po jego palcach. Byłam blisko – bardzo blisko, fala podchodziła, oddech urywany.

Ale wtedy alfa zawarczał głośno – niski, dudniący ryk, który przeciął powietrze polany. Wszystkie pary zamarły. Większość już się dobrała – wilczyce i samce stali blisko siebie, ogony splatały, nosy dotykały, zapachy mieszały się w pary. Alfa wstał wyżej, oczy błyszczały żółto w blasku księżyca.

– Dosyć – warknął. – Wybory zakończone.

Kael cofnął się – palce wysunęły się z pod sukienki z mokrym dźwiękiem, język odszedł od łechtaczki. Napięcie opadło boleśnie – cipka pulsowała pusto, wilgoć spływała po udach, orgazm uciekł w ostatniej chwili. Jęknęłam cicho z frustracji, ogon drgnął. Kael spojrzał na mnie – oczy pełne żalu i podniecenia.

W końcu dobraliśmy się w pary – ja z Kaelem. Staliśmy blisko siebie, nosy dotykały się, ogony splatały lekko.

Ale wszystkie wybory miał zatwierdzić alfa. Szedł powolnym, stanowczym krokiem od pary do pary, kiwając lub kręcąc głową na znak zgody lub odmowy. Większość par dostała aprobatę – alfa kiwał głową krótko, czasem mruknął coś cicho, a para stawała bliżej siebie, ogony splatały się z ulgą. Czasem kręcił głową – para rozchodziła się w milczeniu, samiec odchodził z podkulonym ogonem, wilczyca stała sama z oklapniętymi uszami. Kael stał obok mnie, blisko, jego zapach wciąż drażnił nozdrza, jego ciepło dawało poczucie bezpieczeństwa. Czekaliśmy. Kael zerkał na alfę nerwowo – ogon drżał lekko, uszy półpłasko, nie śmiał spojrzeć mu w oczy.

Gdy dotarł do naszej pary, stało się coś, czego się obawiałam. Alfa zatrzymał się. Spojrzał na Kaela – długo, zimno. Kael zamarł, ogon opadł całkowicie, spojrzał w ziemię, nie protestował. Potem alfa spojrzał na mnie. Kręcił głową – powoli, zdecydowanie. Zaprzeczył naszemu wyborowi.

Prawie od razu dowiedziałam się dlaczego.

– Chodź ze mną, Lira – warknął cicho, głos niski, dudniący w piersi. – Dziś zostaniesz moją.

Wtedy coś we mnie drgnęło. Nie chciałam. Nie byłam gotowa. Nie chciałam oddać się alfie tylko dlatego, że tak postanowił. Warknęłam głośno, kły obnażone, błyszczące w blasku księżyca. Odepchnęłam jego łapę pazurami – paznokcie wbiły się w skórę na przedramieniu, zostawiając czerwone ślady. Cofnął się o krok, zaskoczony.

– Nie – warknęłam, głos drżący, ale twardy. – Nie oddam się tobie. Nie dziś. Nigdy. Należę do Kaela!

Stado zamarło. Uszy wszystkich sterczały, ogony uniesione w napięciu. Alfa zawarczał głęboko, gardłowo, włosy na karku zjeżyły mu się. – Buntujesz się? – zapytał, głos niebezpiecznie cichy.

Pokazałam kły szerzej. – Tak. Nie chcę cię.

Wtedy złapał mnie za ramiona – mocno, pazury wbiły się w skórę przez sukienkę. Pchnął mnie na ziemię, na mokrą trawę polany. Upadłam na plecy. Nachylił się nade mną, ciężarem swojego ciała przygniatając mnie do ziemi. Zapach jego podniecenia uderzył w nozdrza – ostry, zwierzęcy, przytłaczający. Rozerwał sukienkę na piersiach – palce zacisnęły się na materiale z przodu, pociągnął mocno w obie strony. Tkanina pękła z głośnym trzaskiem, rozeszła się na boki, odsłaniając moje małe, jędrne piersi. Moje sutki stwardniały natychmiast od zimnego powietrza nocy, gęsia skórka przeszła po skórze ramion i brzucha. Alfa nie czekał – pochylił się niżej, usta znalazły lewy sutek. Ssał go mocno, zęby zacisnęły się lekko na brodawce, ból rozszedł się ostrą falą po piersi. Jęknęłam, próbowałam się wyrwać, ale jego łapy trzymały mnie za ramiona, przygniatając do ziemi.

Drugą łapą podsunął sukienkę wyżej – palce zahaczyły o materiał na biodrach, pociągnął w górę mocno. Tkanina podwinęła się do talii, odsłaniając brzuch i cipkę. Próbowałam zasłonić się ogonem, ale alfa złapał go u nasady – palce zacisnęły się na futrze, pociągnął w górę, uniósł go całkowicie. Cipka odsłonięta, wargi sromowe lekko rozchylone od napięcia, łechtaczka stercząca od strachu i zimna.

Rozchylił mi uda kolanem – mocno, bezceremonialnie, wciskając je między moje nogi. Palce przesunęły się po wargach sromowych – czubkiem musnął zewnętrzną stronę, potem wewnętrzną, rozchylił je lekko. Wilgoć zdradziła mnie mimo woli – cipka była mokra od mieszanki strachu i wcześniejszego podniecenia. Czubkiem palca krążył wokół łechtaczki – wolno, naciskał lekko, potem mocniej. Jęknęłam głośniej, biodra drgnęły mimo oporu. Drugi palec wsunął się do środka – powoli, rozciągał ciasne wejście, masował wnętrze.

– Zobaczysz, że będziesz chciała – warknął, głos zduszony przy mojej piersi. – Oddasz się sama.

Zsunął spodnie – palce rozpięły pasek, materiał opadł na ziemię. Kutas wyskoczył – duży, twardy, pulsujący. Przyłożył główkę do wejścia – tarł powoli, rozsmarowując wilgoć, którą moje ciało mimo woli wytworzyło. Nacisnął lekko – główka rozciągnęła wargi, przeszył mnie ostry ból, rozdzierający, jakby ktoś wbijał we mnie rozżarzony pręt. Krzyknęłam, szarpnęłam się, pazurami wbiłam się w jego ramiona.

– Nie! – wrzasnęłam, kły obnażone. – Nie chcę! Puść mnie!

Wtedy coś we mnie pękło. Warknęłam najgłośniej, jak potrafiłam, kły błysnęły, próbowałam ugryźć go w szyję. Odepchnęłam go z całej siły – pazury zostawiły głębokie rysy na piersi. Cofnął się, zaskoczony, krew spływała po torsie. Stado zawyło – nie w obronie, ale w gniewie. Alfa wstał, oczy płonęły żółto.

– Wynoś się – powiedział powoli, głos zimny jak lód. – Nie ma miejsca dla buntowniczki w moim stadzie.

Nie dał mi szansy na odpowiedź. Wilki otoczyły mnie kręgiem, warcząc i obnażając kły. Biegłam – przez polanę, przez zarośla, gałęzie szarpały sukienkę, kolce dzikich krzewów zostawiały krwawiące ślady na udach. Biegłam, aż płuca paliły, aż nogi odmówiły posłuszeństwa. Zatrzymałam się dopiero nad strumieniem, upadłam na kolana, zanurzyłam twarz w lodowatej wodzie. Łzy mieszały się z wodą, ogon leżał bezwładnie w błocie, nawet uszy bezsilnie opadły. Byłam sama.

Od tamtej nocy błąkałam się po lesie. Nocowałam pod gołym niebem, zwijając się w kłębek pod wielkimi dębami lub sosnami, ogon owijając wokół ciała dla utrzymania ciepła, moje uszy nasłuchiwały każdego szelestu – czy to lis, czy niedźwiedź, czy może ludzie z pułapkami. Spałam płytko, budząc się co chwilę z sercem walącym jak młot. Jadłam bardzo rzadko, to co znalazłam – słodkie jagody z krzaków, które barwiły język na fioletowo i zostawiały lepki posmak w ustach, czasem małego królika, którego upolowałam, rozrywając mięso kłami, sycąc się ciepłą krwią, która spływała mi po brodzie i szyi. Ale takie przysmaki nie zdarzały się regularnie. Noce były podłe, gdy zimno przenikało futro na uszach i ogonie, sprawiając, że drżałam przez sen, a samotność... samotność była najgorsza. Las ciągnął się w nieskończoność, drzewa szumiały, jakby się ze mnie śmiały, a ja szłam dalej, dzień za dniem, coraz słabsza, z uszami opadającymi ze zmęczenia, ogonem wlokącym się po ziemi, sukienką w strzępach wiszącą na ramionach.


Powiązane tematy

Punkty i wsparcie autora

Wesprzyj twórcę napiwkiem w ERPointach.

Zaloguj się, aby wysłać wsparcie autora. Zaloguj

Komentarze (1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz. Zaloguj
Brak komentarzy.

Więcej od autora

Podobne opowiadania

Podobne tagi