Dzikość zniewolenia (cz. 2)
18+Pewnego ranka, gdy spałam pod wielkim dębem, zwinięta w kłębek z ogonem przyciśniętym do brzucha dla odrobiny ciepła, obudziło mnie coś dziwnego. Najpierw odległe szczekanie – niskie, gardłowe, rytmiczne, zbliżające się szybko. Potem zapach – ostry, wilgotny, męski, zmieszany z wonią człowieka i mokrej sierści psa.
Z krzaków wyskoczył duży owczarek niemiecki – czarno-podpalany, umięśniony, uszy sterczące, oczy inteligentne i skupione. Zatrzymał się kilka metrów ode mnie, nos uniesiony, wąsy drżące. Szczeknął raz – krótko, ostrzegawczo. Nie ruszyłam się. Stałam nisko przy ziemi, ogon podkulony, warczałam cicho przez zęby, pokazując kły.
Pies podszedł bliżej – krok po kroku, ostrożnie. Nosem dotknął ziemi przede mną. Powąchał moje ślady, potem mnie – najpierw ramiona, potem szyję. Poczułam ciepły oddech na futrze uszu, wilgotny nos przy skórze. Zjeżyłam meszek na karku, warknęłam głośniej, próbując wyglądać groźnie mimo wyczerpania.
Za psem pojawił się mężczyzna. Szedł spokojnie, stawiając pewne kroki. W ręku trzymał długą skórzaną smycz, na końcu pustą obrożę. Wysoki, około dwudziestu pięciu lat, przystojny w surowy sposób – lekkiego zarostu na twarzy, brązowe włosy potargane od wiatru, oczy ciemne i skupione. Pachniał lasem – mokrą korą, żywicą, potem i czymś ostrym, metalicznym, jak nóż lub siekiera. Ubrany w proste, skórzane spodnie opinające mocne uda i koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającą żylaste, opalone ramiona.
– Bruno, siad – powiedział cicho. Pies usiadł natychmiast, ale nie spuszczał mnie z oczu. Mężczyzna podszedł bliżej. Klęknął kilka kroków ode mnie. Patrzył długo – na moje uszy, na ogon, na resztki sukienki, na drżące ciało.
– Bezpańska – mruknął do siebie. – I to jaka ładna.
Wyciągnął rękę powoli – otwartą dłonią, bez gwałtownych ruchów. Powąchałam odruchowo – zapach człowieka, lasu, psa. Nie ufałam. Warknęłam, cofnęłam się o krok. On nie ruszył się. Czekał.
Bruno szczeknął raz – krótko. Mężczyzna skinął głową. – Dobra, Bruno. Znajdź.
Pies wstał, okrążył mnie powoli. Nosem sunął po ziemi, potem po moich śladach. Zatrzymał się za mną – powąchał ogon, nasadę, cipkę. Poczułam wilgotny nos przy wargach sromowych – gorący oddech, szorstki język musnął raz, badawczo. Drgnęłam, warknęłam, ale byłam zbyt słaba, by walczyć. Bruno polizał jeszcze raz – długo, powoli. Język był szorstki, ciepły, zostawił mokry ślad. Cipka zdradziecko zapulsowała.
Mężczyzna podszedł. Złapał mnie za kark – mocno, ale nie brutalnie. Drugą ręką założył obrożę – skórzaną, ciasną, z metalowym kółkiem. Brzęknęła cicho. Przyczepił smycz. Pies stał obok, ogon merdał lekko.
– Chodź – powiedział. Pociągnął smycz. Poszłam – na czworakach, bo nogi odmawiały posłuszeństwa. Bruno szedł obok, nosem dotykał moich bioder, ogona. Las migał wokół, drzewa szumiały. Czułam się jak zdobycz – upokorzona, słaba, prowadzona na smyczy przez człowieka i jego psa.
Dotarliśmy do chaty po godzinie. W środku ciepło, zapach drewna i mięsa. Rzucił mnie na podłogę w małym pokoju – materac, łańcuch w ścianie. Zamknął drzwi. Bruno został ze mną – położył się obok, nos przy moim brzuchu. Czułam jego ciepło, oddech. Bałam się. Ale byłam zbyt zmęczona, by walczyć.
Następnego ranka wrócił z miską – metalową, starą, pogiętą na brzegach, z wodą i kawałkiem surowego mięsa, które pachniało świeżo upolowanym królikiem – krew jeszcze ciepła, zapach żelaza i świeżości drażnił nozdrza. Postawił ją na podłodze przed mną, smycz pozwoliła mi dosięgnąć, ale nie wstać. – Jedz.
– Nie będę jadła jak pies! Puść mnie, wracam do lasu! – syknęłam, pokazując kły, z ogonem podkulonym pod siebie w obronie, uszy położone płasko. Wstałam, próbując wyglądać groźnie, ale obroża gryzła w szyję przy każdym ruchu.
Podszedł i złapał mnie za obrożę – palce zacisnęły się mocno, pociągnął w dół, aż moja twarz znalazła się tuż nad miską, prawie maczając mój nos w wodzie. Ból w szyi rozszedł się po karku, machnęłam ogonem wściekle, próbując go odpędzić, jednak bezskutecznie. – Jedz, albo nie dostaniesz nic przez tydzień. Zdechniesz z głodu, a ja znajdę inną wilczycę w lesie. Albo po prostu cię pobiję, aż zrozumiesz.
Szarpnęłam się, warknęłam głośno, próbując ugryźć jego rękę – kły szczęknęły blisko palców, ale odsunął się szybko. Pejcz spadł na udo – cienki, skórzany, z rzemieniem na końcu, który zapiekł jak ukąszenie węża. Skóra poczerwieniała od razu, zostawiając długi i palący ślad, ból rozszedł się po nodze jak fala ognia. Krzyknęłam z zaskoczenia, ugięłam kolana. – Jedz – powtórzył spokojnie, pejcz uniesiony gotowy do kolejnego uderzenia.
Głód był zbyt silny, brzuch skręcał się od pustki, nogi mi drżały. W końcu, ze łzami w oczach, opadłam na kolana. Zanurzyłam twarz w misce – lizałam wodę językiem, czując jej chłód na wargach i brodzie, gryzłam mięso kłami, rozrywając je na kawałki. Ogon drżał z upokorzenia, uszy opadły w rezygnacji. Patrzył stojąc nade mną, uśmiechnięty zimno, ręce skrzyżowane na piersi, pejcz dyndający w dłoni. – Dobrze. Widzisz? Posłuszeństwo to przetrwanie.
Zaczął tresurę od razu po tym, jak skończyłam jeść. Związał mi ręce za plecami sznurem – ciasno wrzynającym się w skórę nadgarstków tak, że ból pulsował przy każdym ruchu ramion. Nogi zostawił wolne, ale smycz była krótka, nie pozwalała na ucieczkę poza krąg pokoju. – Klęcz – rozkazał, stojąc nade mną, pejcz w dłoni.
Nie posłuchałam. Stałam wyprostowana, uszy stawiając agresywnie i machając ogonem wyzywająco, by próbować wyglądać na silną. – Nigdy! Nie jestem twoim psem! Puść mnie!
Pejcz spadł na pupę uderzając mocno w pośladek przez resztki sukienki. Skóra zapulsowała bólem, prawdopodobnie zostawiając czerwony ślad pod materiałem. Jęknęłam, a łzy mimowolnie spłynęły po moich policzkach. – Klękaj, albo biję dalej – powtórzył spokojnie, pejcz uniesiony.
Klęknęłam, kolana zabolały mnie od twardej podłogi, ogon podkuliłam między nogi w obronie, a uszy same opadły w rezygnacji. Upokorzenie paliło w piersi mocniej niż ból na pupie.
Zbliżył się wolno, rozpiął rozporek spodni krok po kroku, guzik po guziku, materiał szeleścił cicho. Kutas wyskoczył – duży, twardy, z nabrzmiałymi żyłami na trzonie. Jego główka błyszczała od lekkiej wilgoci, roztaczając męski zapach, podniecający mimo woli, bo mieszający się z wonią lasu na jego skórze. – Ssij go. Weź do ust i ssij jak należy, wolno i głęboko.
– Nie! Nie dotknę cię, ty zboczeńcu! – warknęłam obnażając kły i próbując wstać.
Kolejny pejcz spadł na plecy, pozostawiając po sobie czerwony ślad. Jęknęłam głośno i zgięłam się w pół. Potem drugi raz, na to samo miejsce, ból rozszedł się po kręgosłupie jak fala ognia. – Ssij, albo zacznę Cię bić po piersiach.
Otworzyłam usta niechętnie, moje łzy kapały na podłogę, ogon mi drżał ze wstydu. Wsunął kutasa powoli – główka znalazła się na języku. Czułam jego słony, obcy, ludzki smak. Ssałam wolno, język krążył wokół jego żołędzi. Czułam jej kształt, pulsowanie, ciepło. Złapał mnie za uszy – bolało, gdy ciągnął za puszyste futro, ból rozchodził się po czaszce, sprawiając, że uszy drżały. Poruszał biodrami – w przód i w tył, zagłębiając się z każdym ruchem coraz bardziej w moje usta, aż główka dotknęła gardła. Dławiłam się, kaszlałam, ślina spływała mi po brodzie, mieszając się ze łzami, ale on nie przestawał Pojękiwał cicho, przyspieszając minimalnie. Czułam, jak twardnieje bardziej w moich ustach, żyły pulsują pod moim językiem, a główka jeszcze bardziej nabrzmiewa. Pierwszy strumień wytrysnął mocno – gorący, gęsty, wypełnił mi usta, spłynął po gardle. Połknęłam odruchowo krztusząc się, ale Erik wyjął kutasa w ostatniej chwili – kolejne strumienie poleciały na moją twarz. Ciepłe, lepkie nasienie pokryło policzki, brodę, nos, spłynęło po czole, wsiąkło w futro na uszach, kilka kropel spadło na włosy i przykleiło się do kosmyków. Zapach był silny, słony, wypełnił moje nozdrza. Klęczałam na kolanach będąc oznaczona ludzkim wytryskiem. Moje łzy mieszały się z jego nasieniem.
– Dobra – powiedział, klepiąc mnie po policzku, a potem palcem rozsmarował spermę po mojej wardze, zostawiając lepki ślad. – Widzisz? To nie takie trudne. Nauczysz się lubić to, krok po kroku.
Zostawił mnie związaną na godzinę – ręce coraz bardziej bolały od sznura, wrzynającego się głębiej z każdym ruchem, sperma zasychała na twarzy. Płakałam cicho, warcząc pod nosem, ale wiedziałam, że to dopiero początek, że ten człowiek nie odpuści, dopóki nie złamię się całkowicie.
Kolejne dni były torturą, która wydawała się nie kończyć. Rano budził mnie pejczem po pupie – lekkimi uderzeniami na początek, żeby wstać na czworaka, skóra piekła od razu, czerwone ślady zostawały na pośladkach przez sukienkę, ból pulsował przy każdym ruchu. Karmił mnie z miski – jedzenie wymieszane z jego spermą, stało się codziennym rytuałem. Najpierw masturbował się nade mną – klęczałam związana, z rękami spętanymi za plecami. Obserwowałam, jak jego dłoń przesuwa się po penisie w górę i w dół, powoli, budując napięcie. Główka błyszczała coraz bardziej, żyły nabrzmiewały. Jęczał cicho, Patrząc mi prosto w oczy. Doszedł – gorące strugi lądowały na jedzenie w misce, gęste, białe, mieszające się z owsianką czy chlebem. – Jedz. To twój posiłek, pełen białka.
Na początku plułam, warczałam – Nie tknę tego! To obrzydliwe! – mój ogon wtedy samoistnie, wściekle machał odwzorowując mój stan, a uszy sterczały wyzywająco. Ale kara przychodziła szybko – pejcz spadał na różne miejsca. Raz na uda – uderzenie za uderzeniem, skóra czerwieniała, pręgi piekły przy każdym kroku. Raz na plecy – ból rozchodził się po kręgosłupie, sprawiając, że wyginałam się w łuk. Raz na piersi – sutki paliły mnie od uderzeń, nabrzmiewały czerwone i wrażliwe. Innym razem na ogon – uderzenia na futro, ale ból tak czy siak przenikał do aż nasady. Krzyczałam, płacząc i błagając – Proszę, nie bij! Zjem! – ale on czekał, aż naprawdę pęknę.
W końcu, z głodu skręcającego brzuch i strachu przed kolejnym bólem, opadałam na kolana. Zanurzałam twarz w misce – lizałam mieszankę wolno, językiem zbierając owsiankę nasączoną spermą, gorzki smak mieszał się ze słodką owsianką. Pokarm kleił się do języka i spływał powoli po gardle. Kłami odgryzałam kawałek chleba, nasiąkniętego białą mazią. Wstyd, poniżenie i zrezygnowanie coraz bardziej mnie dobijało. Jadłam wszystko, liżąc miskę do czysta, czując, jak pożywienie wraz ze spermą wypełnia mój żołądek. Upokorzenie paliło w piersi mocniej niż głód, ale instynkt przetrwania jednak za każdym razem wygrywał.
Powiązane tematy
Punkty i wsparcie autora
Wesprzyj twórcę napiwkiem w ERPointach.
